I. II. III. IV. V. VI. VII. VIII. IX. X. XI. XII. XIII. XIV. XV. XVI. XVII. XVIII. XIX. XX.
więcej?
początek
i miłość

XX.

30.marca.2012
Taaaak, jeszcze tu jestem, chociaż ostatnio wydaje mi się, że to tylko kwestia czasu. Albo się zestarzałam, albo wypaliłam, albo jedno i drugie. Ile to już będzie? Jakieś chyba cztery lata. Albo trzy? Nie pamiętam, ale i tak nieźle. Mogę (i muszę) czuć się tak jakby Jasira dorastała razem ze mną. Zaczęłam jeszcze w gimnazjum, kiedy nie miałam zielonego pojęcia, czym jest styl literacki, skończę pewnie po maturze, nadal nie wiedząc co to takiego. Skończę, skończę, ale jeszcze nie teraz. Jakbym nie dokończyła tego co do rozdziału, mogłabym chyba jedynie zaśmiać się sobie w twarz. Postanowiłam mimo wszystko to dociągnąć i słowa dotrzymam. Twardym trzeba być, a poza tym - Klormen to taki mój mały azyl, dzięku któremy wierzę w to, że jeszcze nie zwariowałam, że to po prostu moja wyobraźnia tak działa. A pomysleć, że znajomi podejrzewają mnie o autyzm. Czasem to paranoja i męka, ale chcę to robić. ;)


XX. KROK DO PRZODU


Na ogromnym korytarzu słychać było tylko szmer przemykającego powietrza. Jasira co chwilę odwracała głowę, bojąc się, że ktoś za nią idzie. Wiedziała, że musi odpowiednio zagospodarować czas. Zmiana warty przed archiwum następowała co godzinę, więc musiała przyjść i wyjść w odpowiednim momencie. Zdawała sobie sprawę również z tego, że minuta za późno lub za wcześnie mogła przesądzić o powodzeniu tego, co zamierzała zrobić. Żołnierze przekazywali sobie wartę przy posągu Tasza stojącego zaraz naprzeciwko komnaty, do której miała wejść. Archiwum było jedynym bez przerwy pilnowanym pomieszczeniem. Jasira jednak zdołała poznać dokładnie cały proceder i widziała, która pora jest najlepsza, by się tam wślizgnąć. Tej nocy nie czuła się księżniczką, lecz złodziejem przemykającym między ścianami w obawie przed strażą. Wiedziała, że jeśli coś się nie uda, wszystko się wyda. Nie mogła pozwolić sobie na najmniejszy błąd i niedokładność. Musiała działać szybko i zdecydowanie, a jednocześnie bardzo ostrożnie. Podstawka ze świeczką drżała jej w dłoni. Nigdy nie sądziła, że jej własny dom, będzie tak strasznie wyglądał nocą. Zastanowiła się chwilę. W zasadzie Taszbaan nie był jej domem już od dawna. Nie czuła się tu bezpiecznie, a po śmierci Nady i wyjeździe Samar, zaczęła doskwierać jej samotność. Myśląc nad tym wszystkim, nie zauważyła nawet jak dotarła do schodów prowadzących na kolejne piętro. Rozejrzała się jeszcze raz, bo usłyszała kroki. Zgasiła świeczkę i stanęła za kolumną. Zaczynała obawiać się, że i ją, podobnie jak Omara zaczęła dotykać mania prześladowcza. Uniosła ciągnącą się po ziemi szatę. Jej lekkie kroki były niemal bezszelestne, a chłód marmuru posadzki wnikał w małe delikatne stopy. Wyraźnie przypatrywała się kawałkowi metalu leżącemu na jej drżącej dłoni. Strażnicy stali jeszcze pod drzwiami, a ona ukryta za kolumną czekała, aż pójdą do posągu Tasza znajdującego się na końcu korytarza, by oddać wartę. To był jedyny moment, kiedy mogła próbować szczęścia. Jej oczy przyzwyczaiły się już do mroku. Widziała doskonale ściany, schody, drzwi, kolumny i kontury postaci. Ścisnęła mocno skarb, który trzymała w ręku. Tylko jedna osoba w całym pałacu miała ten klucz i tylko jedna osoba w całym pałacu mogła tu wejść, a był nią sam wielki Tisrok. Jasira do dziś nie wiedziała, w jaki sposób Nada zdołała zrobić odcisk i kopię. Nie była też pewna, czy znajdzie w tam jakieś konkrety, ale miała nadzieję, że natknie się chociaż na budżet państwa i dowie, czy omarowa polityka zbrojeń nabrała już wystarczającego rozmachu. Delikatnie wychyliła głowę zza kolumny. Nadszedł czas. Strażnicy spojrzeli na siebie, po czym skierowali się w stronę posągu. Wzięła głęboki oddech i bezszelestnie zbiegła po schodach. Zatrzymała się przed drzwiami. Wiedziała, że ma jeszcze kilkanaście sekund, by wślizgnąć się i nie zostać zauważoną. Jak najciszej wsunęła klucz do zamka. Pasował idealnie. Doszła do wniosku, że w porównaniu z kulejącym instytucjami państwowymi, czarny rynek osiągnął chyba szczyt świetności. Można było dostać tam wszystko, zaczynając od sfałszowanych pieniędzy, tańszych towarów przemycanych nielegalnie z kolonii, a kończąc na truciznach i nierejestrowanych usługach rzemieślniczych. Monetą obiegową były najcześciej diamenty i zaufanie w jednym, lecz nigdy osobno. Bardzo ostrożnie nacisnęła klamkę. Drzwi otworzyły się, powodując jeszcze bardziej przyspieszone bicie jej serca i gwałtowny skok adrenaliny. Czuła miękkość swoich kolan i dziwny ucisk w klatce piersiowej. Zwinnie jak puma wślizgnęła się do środka i zamknęła za zobą drzwi, przekręcając klucz.


Udało się. Oparła się o ścianę i próbowała złapać oddech. Miała zawroty głowy, a dłonie drżały jej tak bardzo, że ledwo trzymała świecę, którą wreszcie mogła zapalić. Pomieszczenie było całkowicie zaciemnione i szczelne, więc nie musiała się martwić, że straż będąca na korytarzu zauważy przebijające światło. W oknach powieszone były ciężkie i grube kotary, które także nie wypuszczały, ani nie wpuszczały tutaj żadnego światła. Nadal nie wierzyła w to, co robi, podobnie jak w fakt, że miała za sobą już połowę najbardziej ryzykownego w życiu planu. Dała sobie jeszcze chwilę na to, by się uspokoić i w nerwach nie spowodować żadnego hałasu. Pomyslała o Piotrze i liście, który wysłała do niego przed wyjściem, dołączając informację, że może to ten być ostatni. Zapaliła świecę. Miała godzinę.


W komnacie panował mrok. Jedynym źródłem światła był mały płomyk świeczki, którą trzymała w ręku. Było tam tyle półek z dokumentami, że nie miała pojęcia, od czego zacząć. Wiedziała jedno - to, czego szukała musiało być gdzieś blisko, bo ogólnokalormeńskie posiedzenie odbyło się stosunkowo niedawno. Zatrzymała się przy niewielkim stoliku, przy którym zapewne siadał zawsze Omar. Stojąca przed nią pieczęć mogła świadczyć o tym, że zatwierdzał tu wszystkie ustawy, zarządzenia i reformy. Przyjrzała się leżącym na blacie papierom. Większość z nich stanowiły mapy i rejestry prowincji. Szukała dalej, przewracając wszystko na tyle ostrożnie, by niczego nie pomieszać, gdy wreszcie trafiła na coś, co ją zainteresowało. Wzięła dokument do ręki i dokładnie go zbadała. Z zapisów wynikało, że podatki podniesiono już jakiś czas temu, a trzy czwarte z dochodów przeznaczano na przemysł zbrojeniowy. Kolejny punkt zawierał zarządzenie o dodatkowym poborze do wojska mężczyzn w wieku od osiemnastu lat na okres sześciu, z notą, że z dniem wejścia ustawy w życie zarządza się również masowe wcielanie do kalormeńskiej armii mężczyzn z terenów podbitych. Była w ciężkim szoku, jednak starała się nie tracić głowy ani rozumu, choć z każdym przeczytanym punktem było jej coraz trudniej zachować spokój. Rozbudowa floty i tymczasowa legalizacja piractwa, po otrzymaniu przez kapitanów jednostek pływających patentów kaperskich i niezatwierdzona jeszcze ustawa o wprowadzeniu stanu wyjątkowego. Teraz była pewna, że postawienie pieczęci Omara pod tym ostatnim jest tylko kwestią czasu. Wiedziała, dlaczego pomieszczenie jest cały czas strzeżone. Ktoś, kto tu wejdzie, automatycznie poznaje wszystkie sekrety i nadużycia Omara. Musiała wracać, lecz teraz dopadł ją jeszcze silniejszy strach niż wtedy, gdy tu wchodziła. Zgasiła świeczkę i próbowała przyzwyczaić się do ciemności. Zwilżła śliną knot, by przestał się żarzyć i dymić. Bała się zrobić krok, otworzyć drzwi i wyjść. To, czy jej się uda, było teraz loterią. Czy ktoś jest przed drzwiami, czy nie. Delikatnie przyłożyła ucho do chłodnej deski, jednak nic nie usłyszała. Jeszcze tam stali. Czuła to. Czekała. Jej serce uderzało tak mocno, że nie potrafiła się na niczym skupić ani wyłapywać każdego, nawet najcichszego szelestu dochodzącego z zewnątrz. Usłyszała kaszlnięcie.


-Minęła - do jej uszu dobiegł przytłumiony męski głos, a za chwilę dało się słyszeć kroki. Bardzo ostrożnie przekręciła klucz i drżącą dłonią nacisnęła klamkę. Na szczęście bez szelestu. Wyślizgnęła się z pomieszczenia i zamknęła drzwi. Spojrzała przed siebie. Strażnicy stali przy posągu Tasza. Zatrzymała wzrok na ledwo widocznej w ciemności rzeźbie, gdy nagle oczy posągu błysnęły na czerwono. Jasira zdębiała. Nigdy tak się nie bała, a teraz przekonana była, że sam Tasz zaczyna ją straszyć. Jednak istniał. Był bogiem. Złym bogiem. Strażnicy padli przed posągiem, a Jasira wróciła do rzeczywistości. Jak najszybciej i jak najciszej pobiegła na górę do swojej komnaty.


Wracając, nie obejrzała się ani razu. Teraz chciała znaleźć się w swojej izbie, zamknąć na cztery spusty z pewością, że nikt tam nie przyjdzie. Gdy wreszcie dotarła w wymarzone miejsce, padła na łóżko, jakby przemęczona godzinną eskapadą. Jej serce nadal szalało, a nogi miała jak z waty. Teraz wiedziała, że koflikt z Omarem to jedno, a narażenie się samemu Taszowi - drugie, a zarazem gorsze. Straszył ją. Była tego pewna, podobnie jak myśli, że twierdząc, iż bóstwo nie istnieje, najzwyczajniej się myliła.


Oddychała ciężko, nie wiedząc, co ma teraz robić. W jej głowie plątały się teraz dziwne wnioski i ciągi logiczne. Tasz był zły. Zły Tasz, stojący na czele państwa samoistnie czynił je złym i zepsutym. Dopiero teraz zdała sobie sprawę, że przez większą część swojego życia żyła w błędzie i naiwności. Wtuliła się w poduszkę, a o jej policzku spłynęła łza. Ogarnęło ją uczucie niewyobrażalnej beznadziei i brak chęci jakichkolwiek działań. Wiedziała, że to bez sensu, że sama jedna nie jest w stanie przewrócić świata do góry nogami.


Piotr. Był jeszcze Piotr, który powiedział jej kiedyś, że zawsze może poprosić go o pomoc. Nie chciała jednak tego robić. Nigdy nie lubiła okazywać swojej niemocy i błagać, by ktoś inny oswobodził jej związane ręce. Była na to zbyt dumna. Wtuliła się w poduszkę. Chciała zasnąć, jednak od jakiegoś czasu, najzwyczajniej bała się snu. Marzyła o dniu, w którym będzie mogła położyć się spokojnie, nie musząc o nic się martwić. Przyznała się sama przed sobą, że jej przekonania są co najmniej utopijne, że wszystko, co do tej pory robiła, nagle straciło sens. Katując umysł, jednocześnie zaciskała pięści, powtarzając sobie, że nie podda się, choćby miała być jedyną, która walczy o ideologię niemożliwą do zrealizowania. Chęć wzięcia się w garść i skończenia dzieła ojca postawiła ją na nogi. Wiedziała, czego chce, podobnie jak to, że będzie dążyć do celu, nawet jeśli będzie musiała obrazić Tisroka i kalormeńskich bogów. Dla niej nawet istniejąca religia nie istniała, a jedyną śwętością było dobro państwa.


**


Idris nerwowo krążył po ogrodzie i co chwilę spoglądał na Jasirę z dziwną bezradnością, a zarazem podziwem.


-Dlaczego tak nagle wysnułaś taki wniosek? - zapytał wreszcie.


-Nie nagle. Ja to podejrzewałam od dawna. Teraz to wiem! - odpowiedziała.


-Wojna? Owszem, ale myślę, że jeszcze nie teraz. Omar nie pozbierał się jeszcze po rewolicji. Jej echa widoczne są do dzisiaj. Salim z kolei nie jest aż tak głupi, żeby nakłaniać go do prowadzenia wojny. Gdyby to zrobił, za miesiąc nie byłoby czym rządzić, a Kalormen przestałby istnieć.


-Ale tak jest - Jasira nie dawała za wygraną.


To, co zobaczyła ostatniej nocy, nie dawało jej spokoju, tym bardziej, że Idris nie był w stanie w to uwierzyć. Nie dziwiła mu się, bo pewnie gdyby sama nie zobaczyła tego na piśmie, wyśmiałaby każdego, kto by jej to powiedział. Usiadła na marmurowej ławce.


-Skąd ta pewość? - zapytał mężczyzna.


-Widziałam dokumenty - powiedziała w końcu, wysuwając niepodważalny dowód.


Kalormeńczyk pogładził się po brodzie, po czym zamyślił, jakby podejmował kolejną już próbę interpretacji i przyswojenia tej informacji.


-Omar dał ci przeczytać...? - zaczął z niedowierzaniem.


-Sama to zrobiłam - przerwała mu w połowie zdania - Byłam tam dziś w nocy. Teraz mi wierzysz?


-Przecież to niemożliwe... - Idris oparł się o rzeźbę.


-A jednak.


-Wojna teraz, to jedno. Ale to, że się tam włamałaś i nikt tego nie zauważył, to drugie, a zarazem bardziej niewiadrygodne. Czy ty wiesz, co stałoby się, gdyby ktoś cię tam zobaczył?


-Ale nie zobaczył. Znam każdy kąt pałacu. Wiem, gdzie i kiedy znajduje się w nim niemal każda osoba, wiem ile czasu zajmuje przejście z jednego skrzydła do drugiego, ile czasu wchodzi się na jedno piętro i kiedy zmienia się warta przed drzwiami.


Idris był w szoku. Nadal nie docierało do niego, że to wszystko dzieje się naprawdę. Znał tych, co próbowali wejść do tej komnaty i był jednym z niewielu, który widział na własne oczy, jak ich ukarano. Nawet nie chciał myśleć, co stałoby się, gdyby ktoś złapał Jasirę na gorącym uczynku. Omar wpadłby w szał i gotowy byłby wymordować połowę Taszbaanu, cały plan układany i dopracowywany latami ległby w gruzach, a Raszid zza grobu dopadłby go za to, że ten nie potrafił upilnować jego jedynej córki. Mimo wszystko, waga informacji była nieporównywalna ze wszystkimi kosztownościami Kalormenu.


Naszła go dziwna refleksja. Dopiero teraz zauważył, jak bardzo zmieniła się Jasira. Nie była już słodką niewinną księżniczką, która biegała po ogrodzie i zajmowała się flirtami ze sławnym artystą. Ta, którą pamiętał już dawno dorosła, stając się odważną i przez tę odwagę szaloną kobietą. Łamała chyba wszystkie zasady, a mimo to pozostawała dziwnie nieskazitelna. Samowolnie opuszczała pałac, śledziła królową, wielokrotnie naruszając jej prywatność, spiskowała przeciw pozornie legalnej władzy, szantażowała królewskiego wezyra, włamywała się do najbardziej strzeżonej komnaty w całym Kalormenie, grzebała w umowach i zarządzeniach samego Tisroka, a na dodatek żyła w dziwnej, nie do końca sprecyzowanej relacji z narijskim królem. Nigdy nie sądził, że sytuacja w państwie jest w stanie zmusić kobietę do takiego zachowania i uczynić z niej pierwszego spiskowca. O tak, Jasira w pełni zasługiwała na to miano. Idris stwierdził, że w tej kwestii nawet Salim, grający Omarowi do tańca i bawiący się nim jak lalką, nie jest w stanie jej dorównać. Był sprytny i inteligentny, ale śmiało można stwierdzić, że ona potrafiła okraść samego złodzieja.


Zastanawiał się tylko, czy to wszystko bierze się tylko i wyłącznie z nienawiści do wuja i miłości do ojca.


-Nie rób tego nigdy więcej - rzekł surowo - Nie powinaś też opuszczać pałacu. Lepiej, żeby nikt nie wiedział, że bywasz w mojej willi.


-Myślisz, że wiedzą? Bądź spokojny, jestem tutaj nieoficjalnie. Oficjalnie zaś zażywam długą popołudniową kąpiel. Zresztą, będąc w tym - wskazała na zwykłą szatę i sandały, które miała na sobie - jakoś specjalnie się nie wyróżniam.


-Jestem innego zdania - stwierdził szorstko - Ale cóż, dziękuj swojemu szczęściu.


-Co dalej? - zapytała.


-Czekać.


-Czekać?


-Na kolejne posiedzenie albo wiec.


Miała jeszcze jeden dylemat, który nie pozwalał jej choć na chwilę zapomnieć o wszechobecnym chaosie i nagłym przyspieszeniu rozwoju wypadków. Wszystko w istocie nabierało rozmachu, ale teraz nie mogła zarzucić sobie, że nie zrobiła żadnego kroku do przodu. Nadal martwił ją szczegół, że jeden jej krok w przód oznacza trzy kroki Omara, jednak jeszcze większy niepokój powodował fakt, że nie wiedziała, czy ostrzeganie Piotra o planach Omara nie będzie przekroczeniem kalormeńskiej etyki. Pokój między Narnią a Kalormenem nigdy nie był trwały. Tak ją uczyli najlepsi kalormeńscy historycy, to powtarzał jej ojciec, który mimo tego stereotypu traktował władców Narnii jako sojuszników, a może nawet przyjaciół. Czuła taką powinność, chociażby ze względu na Samar, której zapewniają bezpieczeństwo. Już od jakiegoś czasu próbowała sobie wmówić, że nic poza Samar, nie pcha jej ku takiej a nie innej decyzji.


-A Narnijczycy? - rzuciła pytanie jakby w powietrze, czekając reakcji Idrisa.


**


Samar siedziała na plaży i patrzyła w morze. Od kilku dni odczuwała dziwną tęsknotę za tym, co zostało za Wielką Pustynią. Czuła się tu dobrze, jednak czegoś jej brakowało. Jasira od zawsze była jej mentalną siostrą, która własnymi królewskimi rękami ocierała łzy z jej policzków. I Idris. Jeszcze niedawno nie chciała go znać, jednak świadomość, że przebywa on teraz w samym środku piekła napawała ją przerażeniem. Dzisiaj pragnęła samotności i nawet Edmund nie mógł jej pomóc. Od jakiegoś czasu nie potrafiła znaleźć sobie miejsca, ani powiedzieć, kim tak naprawdę jest. Mogła przewidzieć swoją przyszłość, jednak jej przeszłość była tylko zwykłą niezapisaną kartką.


Wiedziała, że jest wyjątkowa, ale w tej chwili to nie miało żadnego znaczenia. Miała wyrzuty sumienia, że zostawiła Jasirę i ojca z kalormeńskim chaosem. Dopiero teraz zdała sobie sprawę, że tak niewinna i nieświadoma była im lekiem na ból. Nie umiała uporać się z tym całym rozdarciem, nie chcąc jednoczesnie niczyjej pomocy. Odrzucała ją tylko dlatego, że odnosiła wrażenie, że wszyscy dookoła martwią się przez nią. Edmund chodził zaniepokojony, pytając, czy coś się zmieniło, a ona nie chciała mieszać mu w głowie i przecząco kręciła głową.


Narnia była cudowna, jednak Samar czuła się mocno przykuta do kalormeńskiej rzeczywistości. Zbyt mocno, by móc ją tak po prostu zanegować i odrzucić. Narnia była jej spokojem i spełnieniem najskrytszych marzeń, a z drugiej strony działała jak środek na ból, nie leczyła, lecz przyprawiała jedynie o brak czucia.


Wiatr rozwiewał jej rozpuszczone włosy, a woda co chwilę podmywała bose stopy, pluskając przy tym wesoło. Wszystko jakoś do siebie nie pasowało. Czuła się sama, chociaż otaczali ją ludzie, którzy nigdy nie zrobiliby jej krzywdy. Słońce powoli chowało się w morzu, a krzyki mew stawały się coraz głośniejsze. Samar czuła tę zmienę pogody. Kalormen był zawsze taki jednolity. Czasem tylko spadł deszcz zmywający bród z murów miasta. Chwyciła w dłoń leżący na brzegu kamień i otrzepawszy go z piasku, cisnęła w morze. Zamknęła oczy i zaczęła wsłuchiwać się w grającą dookoła niej muzykę. Dźwięki zaczynały ją uspokajać. Z każdą nutą ożywającego morza i wiatru, czuła, że powoli staje na nogi. Nagle jednak wszystko ucichło. Do jej uszu dotarły tylko potężne i majestatyczne kroki.


**


Droga,


Każdy twój list wzmaga u mnie zdenerwowanie i sprawia, że czekanie staje się męczące. Zwłaszcza wtedy, gdy każesz mi nie czekać. Wszystko, co dzieje się dookoła, każe mi mysleć, że codziennie wypłacam komuś haracz wyrażony niematerialnie. Codziennie z czegoś rezygnuję, choć nie cierpię przegrywać. Nie umiem i nie chcę. Dwojakość moich uczuć staje się coraz bardziej uciążliwa. Teraz na nic nie potrafię spojrzeć tym dawnym spokojnym okiem króla Narnii. Nic nie dzieje się tak samo, nic nie jest przewidywalne. Jedynie wojna, która wkrótce nadejdzie. Czuję to, choć ostatnio sam nie potrafię sobie zaufać, dzieląc rzeczy na ważne i ważniejsze. Ukradłaś mi moją szorstkość i bezwzględność. Ukradłaś więcej, niż myślisz. Od jakiegoś czasu czuję, że nic nie wiem, jakbym do reszty zgłupiał. Zarządzam mobilizację, choć nie chcę używać siły. Zaprzeczam sobie we wszystkim i ze wszystkim. Tylko jednego jestem pewien: nigdy nie uderzę pierwszy, ale jednocześnie nie dam Omarowi zwyciężyć. Bądź ostrożna i nie rób głupstw. Chcę cię jeszcze zobaczyć, Piotr.


Wpatrywała się przez chwilę w kartkę, lecz za moment przeniosła wzrok za okno. Kalormen był już otulony nocą. Tylko gdzieniegdzie połyskiwały pochodnie zawieszone na murach. Zapach waniliowego kadzidełka mieszał jej w głowie. Wszystko, co opisywał odczuwała tak samo, ale w przeciwieństwie do niego, nie potrafiła się z tym pogodzić. Nie przeżyła jeszcze żadnej wojny i wolała nigdy jej nie doświadczyć. Tak wiele nie zależało od niej. Była tylko jednostką, spośród grupy zastraszonych ludzi. Była jak samotna lwica, która odlączyła się od zhierarchizowanego stada.


Kończył się kolejny, dziwnie spokojny dzień. Dzień bez ofiar i klęsk, być może ostatni. Jej serce gnało teraz przez pystynię do tego, co zostawiła za nią kilka tygodni temu. I listy. Listów było dużo, lecz wcziąż za mało. Teraz mogła jedynie czytać napisane na papierze słowa, przejechać palcem po każdym wyrazie, wyobrażając sobie, że słyszy jego wypowiadanie. Otworzyła drzwi na taras, wzięła ze sobą list i świecę stojącą na stole. Wyszła. Wiatr smagnął ją po twarzy. Płomień drżał jakoś niespokojnie. Przytknęła do niego katrkę, która w momencie zajęła się ogniem. Unoszący się z ruchem powietrza popioł wplątywał jej się we włosy albo przemykał przez marmurowe kolumny, po czym spadał. Słowa znikały. Tak było bezpieczniej.


**


Samar otworzyła oczy i zamarła. Było już całkiem ciemno, a morze w momencie się uspokoiło. Wiatr stał się niesłyszalny. Z ciemności wyżynała się tylko postać ogromnego Lwa, który wpatrywał się w dziewczynę swoimi wielkimi oczami, w których odbijało się blade światło księżyca.